Oj ciezko tu z netem, i nie dlatego, ze nie ma, tylko po prostu sie nie chce, bo przyjemniej sie napic herbatki z tubylcami. Ale po chyba 5 dniach w koncu sie udalo zajrzec.
1000 rupii kosztowal mnie bilet Kolkata-Chittagong, przypuszczalnie byloby wyraznie taniej, gdybym dojechal zwyklym pekaesem do granicy i potem bangladeszskim i chyba nawet nie musialoby to oznaczac wiekszego kombinowania. Do tego trzeba doliczyc “co laska” dla tragarzy (tu nie mam nic przeciwko, chociaz stowa, ktora dalem, wydaje mi sie lekko przesadzona) i dla pana wypelniajacego za ludzi jakies formularze – tu sie troche wkurzylem, tym bardziej, ze pan nie wygladal na potrzebujacego wsparcia. Ale duzo nie dostal.
A poza tym luz, zadnego zgubienia bagazu jak ostatnio, zadnej kontroli co w srodku, tylko usciski dloni, serdeczne pozdrowienia itp.
DOjazd zajmuje tyle ile mowi przewodnik, czyli ok 22h, a nie tyle co mowili w biurach w Kalkucie. Przy wyjezdzie ok 12-13ej jeden powiedzial, ze dojedziemy o 7ej rano, drugi podobnie, a trzeci po chwili zastanowienia, ze o 5ej. Byc moze mial nadzieje, ze wybiore ten, ktory przyjezdza najwczesniej. W koncu kupilem u niego, ale tylko ze wzgledu na cene.
A w Bangladeszu ludziki przemile, biedota usmiechnieta. Tragarzy bylo dwoch, jeden po stronie ind, drugi po tutejszej, ale ze nie mialem drobnych to dalem pierwszemu z nich jeden papierek do podzialu. Na 99% w Indiach ten drugi by zaczal skamlac, ze nie dostanie swojej polowy i zebym dal mu cos osobiscie, albo nazwalby mnie “sallah” jak jedna baba w Kalkucie obok Sudder st. (w ramach praktyki jezyka w sumie chcialem jej nawet odpowiedziec, bo i wiedzialem na co i wiedzialem jak, ale co sie bede pocic niepotrzebnie), ale ten godnie przyjal to na klate a nawet jeszcze sie usmiechnal raz z okolicznych tlumem i smutnymi jeszcze przed chwila zebrakami jak wydukalem wyjasniajace “panchas india panchas bangladesh” (czyli, ze fifty-fifty).
Chociaz to i tak nie przebije kolesia, ktory 2 lata temu z 10 taka jalmuzny wydal mi 5 taka reszty.
Troche sie zawiodlem na jedzeniu. Myslalem, ze bedzie podobny syf jak w Indiach, ale jak zaczalem wcinac w przydroznej knajpie obiadek to poszla ponad polowa danego mi ryzu (czyt. bardzo duzo) + oczywiscie dodatki, tak, ze omal nie peklem z przejedzenia. W samym Chittagongu bylo jeszcze gorzej, zanim sie zorientowalem znikl caly ryz, musialem sie potem ratowac krotkim odpoczynkiem gdzie na srodku ulicy bo nie bylem w stanie isc dalej. Co oczywiscie wykorzystali tubylcy do zrobienia zbiegowiska,dopoki nie stwierdzilem, ze chyba juz jestem w stanie sie doczolgac do hotelu. Jeszcze poznym wieczorem czulem sie jakbym dopiero co zjadl porzadny obiad.
To moze ponownie chwila muzyczki zanim sie pojawia jakies knoty:
Brak komentarzy
RSS :: TrackBack