Gadjo 3.0

Gadjo 3.0

Natore

22.05

Zmiana planow, przed poludniem zdecydowalem, ze spadam, choc jeszcze nie wiem dokad. Wzialem autobus do Natore, godzine drogi od Rajshahi, i w trakcie jazdy zdecydowalem, ze trzeba grac agresywnie i brac busa do Barisalu. A ze wolalem nocny bus a w Natore bylem ok 13ej to czekalo mnie upojne 9h w malutkiej poczekalni Tuhin Exclusive gdzies na obrzezach miasta. Darowalem sobie autobus, ktory wlasnie odjezdzal, przyjechalbym co prawda po ciemnicy, ale jeszcze o znosnej godzinie.

Zeby sie nie zanudzic na smierc pojechalem sobie do domu przygodnie spotkanego kierowcy autobusu na trasie Rajshahi-Rangpur do pobliskiej wsi. W programie (poza poczestunkiem mango i zwiedzeniem paru rodzinnych domow) bylo tez szybkie objechanie okolic motorem (z 2 plecakami i 2 dodatkowymi pasazerami na pokladzie). Okolica bardzo fajna, koles sympatyczny, namiary spisane.

W Natore jest kilka hoteli w okolicach Tuhinowej poczekalni, a w Islamia Hotel jest superzarelko (choc shutki burta nie maja). To tak jakby ktos chcial wpasc.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 10:48

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Dinajpur & Rajshahi

18.05

Rano do widzenia z tymi, ktorych spotkalem (Salauddin aka Saka Bhai, Mr. Akthar i paru innych, w tym kolo, ktory mnie ostro namawial na “do something for Bangladesh”) i wsiadlem w autobus do Dinajpuru.

Czas sie powoli konczy, wiec jutro z ranca lece do Rajshahi a potem zapowiadajace sie ciekawie i nieopisane w LP okolice Barisalu.

19.05

Prawie caly dzien w autobusie, pod koniec podrozy dowiedzialem sie o nadchodzacym cyklonie. Rajshahi to raj dla milosnikow mango, wiec wieczorem zorganizowalem sobie mala uczte. Jak sie jeszcze naucze jesc mango tak, zeby sie nie upackac to bedzie cacy.

Bezposrednich autobusow do Barisalu nie ma (dzis, nie bardzo wiem czy dlatego, ze juz odjechaly czy ze strajk czy ze cyklon czy co, ale dzis nie ma). O ile kraj przetrwa do jutro to powinienem jakos dojechac, choc autobusy sa tylko dzienne, wiec czeka mnie kolejny dzien w plecy.

20.05

Poranny targ warzywno owocowy i mango w jakiejs biednej chalupie (i koszulka do prania bo sie uswinilem). Obiecalem Tanjili (tej, w ktorej chalupie sie upackalem), ze jej przyniose pare odbitek, ale po pierwsze zawirusowalem sobie karte i w fotolabie mieli problem z odczytaniem fot a po drugie natknalem sie przypadkiem na kolesia, z ktorym mozna pogadac o czyms wiecej niz skad jezdem i ilu mam braci.

Asit nie dosc, ze dal mi namiary na dobry sklep z CD/DVD w Kalkucie (Biswas & Symphony) to jeszcze lubi Bacha i filmy Abbasa Kirostamiego (!). No i niewykluczone, ze z jego pomoca uda mi sie zrealizowac moj scisle tajny projekt. Jesli wszystko pojdzie gladko to pobyt w Rajshahi okaze sie bardziej owocny niz przypuszczalem.

21.05

Z projektu nici, chociaz przynajmniej probowalismy. Za to zaliczysmy pare fajnych wioch Adibashi (takie troche tribalowe, ale tylko troche) i nie tylko.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 18:33

Mnóstwo komentarzy

RSS :: TrackBack

Tetulia

17.05

Wrocilem do Tetulii, tym razem sam (w koncu chwila spokoju) i pyknalem sobie pare fot. Kawaleczek od miasta jest granica z Indiami i jakas kopalnia wody czy cos. Nie za bardzo skumalem co do mnie mowia. Do knajpki nie zajrzalem, bo sie umowilem z Shohagiem w Panchagarhu, ale buc sie nie pojawil.

Wieczorem posiadowa w ogrodku z kolegami Salauddina – Mr. Aktharem, Mr. Bulletem, Mr. Teacherem, Munna Bhaiem itp itd.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 06:41

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Banglabandha

Laila tracking

16.05

Wspomniany koniec swiata, Banglabandha, zwana tez Zero Point, najpolnocniejszy punkt Bangladeszu. Wybralismy sie na dwoch motorach z kolegami pana Salauddina. Mielismy wyjechac o 10ej, ale to juz tradycja, ze umowienie sie na jakas godzine oznacza wyjazd jakies 2-3h pozniej, bo wczesniej trzeba zaliczyc spotkanka ze znajomymi, herbatki i (w tym przypadku) jaranko gandzi w ogrodku. A po wyruszeniu w trase tez sie nie moze obejsc bez kolejnych checkpointow.

Po drodze, w Tetulii zaliczylismy knajpke, w ktorej sie utwierdzilem o wyzszosci jedzenia bengalskiego nad indyjskim, glownie dlatego, ze w koncu po dlugim poscie trafilem na shutki burta i tomato burta. Knajpka jest prawie naprzeciwko dworca autobusowego gdyby ktos chcial wpasc. Albo gdyby ja chcial tam wrocic.

Wieczorem posiadowa w ogrodku z kolegami Salauddina – Mr. Aktharem, Mr. Bulletem, Mr. Teacherem, Munna Bhaiem itp itd.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 19:32

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Panchagarh

13.05

Plany sie zmianily w autobusie kiedy dowiedzialem sie, ze Thakurgaon to nie jest ostatni przystanek i mozna pojechac dalej do Panchagarhu, nieopisanego w przewodniku. Hotel “Central Guest House” tuz przy czyms sluzacym za dworzec dla bardziej dalekobieznych autobusow (wlasciwy dworzec jest po drugiej stronie mostu) kosztuje 170Tk za singla gdyby ktos szukal, ale jest tez pare innych opcji do wyboru mimo, ze miasteczko niewielkie.

W Dhace zero fot, dzis odpoczynku ciag dalszy, za to odbylem maly rekonesans terenow na potrzeby innego projektu, ktory pewnie i tak nie wyjdzie. Ale to nic, bo w planach mam jeszcze wypad na jakis megafestiwal do Bara Aulii 10km stad (niewykluczone, ze taki sam na jaki przypadkiem trafilem 2 lata temu w Puthii a niedawno w Ramgati, Brahmanbarii i Mymensinghu) i wycieczke na koniec swiata ok 50km stad.

14.05

Dzis zaliczylem klasyczny scenariusz z poznanym wczoraj Shohagiem, w tym wizyte w fabryce workow na ryz (jednym z wazniejszych produktow eksportowych Bangladeszu). Nawet ciekawie to wygladalo, tylko najpierw musielismy czekac prawie godzine na pozwolenie szefostwa lokalnego i z Dhaki oraz odbebnic gadke szmatke przy filizance herbaty. Fot dalej brak bo wewnatrz nie pozwolono mi nic zrobic.

Na festwial w koncu nie pojechalismy, bo sie okazalo, ze sie skonczyl wczesniej niz Shohag myslal, projekt tez nie wypalil (ale jeszcze mam troche czasu (ale pewnie i tak nie wyjdzie)). Aparat tez sie dzisiaj nie zmeczyl.

15.05

Z 10 krow Mr Salauddin ma rocznie ponoc 10 crore Tk (400tys. PLN, cos mi sie nie chce wierzyc, ale tak powiedzial). Ponoc polskie krowy sa lepsze, daja wiecej mleka, wiec gdybym zainwestowal i wyeksportowal 10 sztuk to moglbym czesac niezla kase za nicnierobienie. Nie mowiac juz o tym, ze z taka iloscia krow o zone nietrudno. Mr. Salauddin ostro mnie namawial na wspolprace.

A sam poza krowami ma jeszcze troche ryzu i ogrod z liczi i mango, w ktorym przesiaduje na codzien jarajac gandzie ze swoimi 40-letnimi wyluzowanymi kolegami biznesmenami. W ogrodzie przesiaduje tez jego szalona rozgadana mamuska, ktora spotkalem jako pierwsza i ktora prawie sila zmusila mnie zebym przysiadl na chwile. Pana Salauddina poznalem dopiero w domu.

Pare fot z okolic Panchagarhu i okolic, w tym niektore z imprezy poweselnej Sajida Sadika z Dhaki i jego tubylczej zony. Do tej imprezy nikt go tutaj nie widzial, tylko najblizsza rodzina znala go ze zdjec (i moze z wlasciwego slubu, ktory mial miejsce 2 miesiace temu, ale nie jestem pewny), wiec kiedy przyjechal wszyscy sie na niego rzucili z pytaniami skad jest co robi itp. Dopoki nie pojawilem sie ja. A zarcia bylo od groma, przyszedl pan, nalozyl kazdemu ryzu, potem inny z wiaderka wrzucil kawalek kurczaka, potem inny z innego wiaderka jakas wolowinke, potem kolejny, kolejny, kolejny… Przez tydzien chyba tyle miecha nie jem co tu sie nazarlem.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 06:58

1 komentarz

RSS :: TrackBack

« Newer PostsOlder Posts »