28.05
Upojne 5h w okalnym busiku z Barguny do Barisalu, upojne 4h na necie (nawet szybki, ale dopoki bylem sam, jak przyszli inni ludzie to sie przestalo dac korzystac) i upojny wieczor z kilogramem mango. Gdzies po drodze wloczac sie w poszukiwaniu jakiejs fajnej knajpy trafilem na biedniejsza dzielnice, gdzie dzieciaki sobie skakaly z mostu z 5m do wody.
Powoli snuje plany na miesiac w Indiach, szykuje sie troche powtorki z rozrywki a troche nie wiem czego.
29.05
Char Fasson. Z Barisalu przywiozly mnie tu lodka, bus, statek, CNG i bus. Trafilem tu przez przypadek za namowa jaiejs laski, ktora sie przyczepila na statku i razem ze mna tu przyjechala. Ja zostalem a ona wrocila do Bholi, bo sie okazalo, ze miala zly adres przyjaciolki.
Miasteczko chyba jedno z mniej ciekawych, moze byc interesujace jedynia dla milosnikow NGO, ktorych tu troche jest (w niektorych NGOwych rest house’ach mozna ponoc przekimac, ale hotele tez sa, choc raczej mizerne).
Szukajac hotelu przywalil w moja riksze motor, tak, ze rikszarz zlecial i sie poobijal a riksza sie nie nadawala do dalszej jazdy.
Wieczorem sie wybralem na kolacyjke z doktorkiem z Dhaki, ktory tu przyjechal, zeby wyselekcjonowac bidnych ludzi z jakimis chorobami oczu i zawiezc ich do stolicy na bezplatna operacje.
Calkiem fajnie tu wolowinke przyrzadzaja.
30.05
Z pewna taka niesmialoscia sie wybralem do planowanej na wczoraj Bholi myslac, ze moze byc podobnie slabo jak w Char Fasson, ale na szczescie okazalo sie byc normalnie, czyli spoko. W Ch.F. chyba po prostu jakies zle fluidy byly, kiepskie i miasteczko i najblizsze okolice i spory odsetek irytujacych ludzi itp. Tylko jeden koles dostarczyl mi rozrywki kiedy go uczylem polskiego na przykladach typu “slup wysokiego napiecia” albo podajac pelne nazwisko w postaci “Jacek Karczmarczyk syn Zbigniewa”. Rowniez jego znajomosc hindi byla podobna do mojej i konczyla sie na prostych frazesach z bollywodzkich filmow, co tez nam sprawilo troche fanu.
W Bholi juz bez problemu sam znalazlem dobry hotelik Shahbajpur z 2 osobowym ladnych pokojem i lazienka za 2 stowy (w jednej z bocznych uliczek, ale blisko glownej, latwy do znalezienia jak sie zna bengalskie literki, a jak sie nie zna to ludzie pomoga), potem sie poszwedalem po ciekawych okolicach, choc trudnych do sensownego sfocenia, dotarlem do rzeki Meghna i wrocilem.
Cyberkafy nie widzialem, ale tez sie specjalnie nie rozgladalem.
Plany na Indie ulegaja ciaglym modyfikacjom, w miesiac niewiele mozna zobaczyc wiec raczej trzeba bedzie wybrac jeden region i najnowsza wersja mowi, ze bedzie to Rajasthan, ale po drodze jeszcze 2-3 miejsca chce zaliczyc.
31.05
Pozwiedzalem sobie rzeki otaczajace Bhole, z jednej strony Meghna i miasteczko Daulatkhan (najpierw 10km do Banglabazaru, potem bus 10km na wschod) gdzie przyszla wielka zlewa i zostalem uwieziony na godzine w jakiejs kanciapce pelnej tubylcow, a potem mniej ciekawe okolice rzeki Tetulia.
W miedzyczasie probowalem sie dowiedziec o statek do Chanpuru, ale nie dosc, ze sie nie dowiedzialem to jeszcze spowodowalem dyskusje pomiedzy rikszarzami, z ktorych czesc byla zwolennikami teorii istnienia takiego statku a czesc zagorzalymi przeciwnikami.
W Bholi pod wieczor odkrylem bardzo sensowna knajpke Hotel Royal – ukryta jest gleboko wewnatrz budynku, wiejscie jest naprzeciwko bramy do bazarku znajdujacego sie na tylach hotelu Sahahbajpur. Dobre zarcie, generalnie elegancko, ale z zachowanie benglaskiego klimaciku (nie to co w badziewiach polecanych przez Lonely Planet) i tylko ciut drozej niz w bardziej topornych knajpach. Tylko krowy nie mieli a akurat mialem ochote. To tak jakby ktos chcial tu wpasc, choc nie wiem po co.
W Daulatkhan, tak mi sie jeszcze przypomnialo, natknalem sie na lokalnego grajka, ktory mi troche pospiewal akompaniujac sobie na skrzypkach. Bardzo przyjemne.
01.06
Coraz lepiej mi idzie – riksza, autobus, statek, tenmpo, CNG, maxi tempo, CNG, riksza i tym sposobem dotarlem z Bholi do Matoin. Wpadlem sobie na koniec wycieczki do Jahirula na jedna nocke.
02-03.06
Zamiast planowanego wypadu z Matoin o 13ej wyjechalem ponad 3h pozniej, do tego jeszcze w Dhace rikszarz nie mogl znalezc dworca, przez co na autobus wpadlem 5 minut przed planowanym odjazdem. Wolne miejsca na szczescie jeszcze byly.
Z jednego autobusu mnie od razu przeniesiono do innego, bo “seat problem” (nie wiem czy chodzilo o rozbita szybe przy moim siedzeniu czy co), a potem do jeszcze innego, bo ten drugi nie pojedzie.
Kolacje zjadlem o 6ej rano na promie.
Na granicy okazalo sie, ze swistek z pasport office, ktory myslalem, ze jest przedluzeniem wizy, jest nic nie wart. Czyli, ze przesiedzialem w Bangladeszu 20dni dluzej niz moglem i powinienem zaplacic kare czy cos. To zaplacilem (bo mi sie nie chcialo wracac do Dhaki, zeby to naprawic), tylko, ze droga nieoficjalna i w kwocie mniejszej niz oficjalna. Wbijajac sie do Indii indyjski pogranicznik zaczal cos marudzic i sie za bardzo przygladac, ale w koncu puscil. I tak wrocilem do domu.
Brak komentarzy
RSS :: TrackBack