Zaszalalem i wydalem 250 na pozwiedzanie wnetrz. Fajniejsze niz samo zwiedzanie bylo szukanie ukrytych w roznych miejscach schodkow prowadzacych na szczyt palac.
Na troche tu utknalem i nie bardzo chce mi sie ruszac dalej. Ale zapewne jutro przygoda z Orchha sie skonczy, poza tym ma padac wiec akurat dobry dzien na dluga podroz.
Do Khajuraho przyjechalem z nastawieniem, ze raczej nic bedzie mi sie podobalo i mi sie nie podobalo. Z kolei w Orchhy spodziewalem sie, ze bedzie ok i miejsce spodobalo mi sie od razu jak przyjechalem (a nawet wczesniej, bo pare km przed Orchha jest fajna wiocha Ajadpura, ktora byc moze zalicze). Nawet to, ze tutaj duzo czesciej slyszalem “hello, chocolate” nie zburzylo mojego nastroju. Ciekawe czy to jak jest w danym miejscu jest pochodna mojego wyobrazenia czy tylko mam dobrego nosa.
A przy okazji obczailem technike robienia zdjec przy sloncu z zenicie i slabym kontrascie sceny tak, zeby dobrze wygladalo, wiec chyba bede mial co robic za dnia.
Kothi, miasteczko gdzie po srodku niczego, na trasie Chitrakut-Satna, a w nim przepiekny a la cyganski tabor, zapakowane wozy, dziolchy w fantastycznych strojach, az chcialem wyskoczyc z autobusu i spedzic z nimi tydzien.
Poranna pobudka nie wyszla (czyt. pierwsza zrobiona fota dopiero o 7:08). Wybralem sie spacerkiem jakies 2km za miasto do pawzgorka z Hanuman costam. Na pawzgorku czekalo na mnie stado malpek, ktore byly grzeczne poki je focilem, ale jak chcialem im pokazac zdjecia to jedna zawarczala, wyszczerzyla kly i mnie wygonila.
A potem jakas inna wiocha, posiadowa w sklepiku i gadka szmatka w hindi (jeszcze cos pamietam mimo nieuzywania przez 2 miesiace) i powrot motorem do miasta z przygodnie poznanym doktorem. Wystarczylo pare km od turystycznego miejsca i znow mozna bylo poczuc sie troche jak w Bangladeszu. Jeszcze zeby tutejsze samosy byly rownie dobre to byloby klawo.
Brak komentarzy
RSS :: TrackBack