W koncu jakies przyzwoite miejsce znalazlem. Ale net mam tylko grzecznosciowo na pare minut, wiec wiecej wiesci za pare dni. I nawet jest szansa na jakies zdjecie
Trafiony-zatopiony
Cox’s Bazar – dzien ostatni
Bla bla bla, nudy ;P
Wrocilem do Chittagongu a na jutro mam bilet do Comilli. W zasadzie w planie mialem Rangamati i Barbandan, tylko, ze tam trzeba miec permit od Chittagong Division Comissioner, 95 (albo cos okolo) Chatteswari Rd, a akurat dzis i jutro nieczynne. Nie wiem czy mi sie bedzie chcialo wracac tu trzeci raz, zobaczymy co sie wydarzy w miedzyczasie.
Dzien grozy
Aparat pokazuje mi, ze moja 16GB karta jest skopana… Za chwile jest ok, potem znowu fail i znowu ok. Tak czy siak nie mozna juz jej ufac.
Na jednej z fot (o ile zaniebawem wrzuce te wlasciwe) jest “kopalnia” soli, ktora tu sie uzyskuje z takich plytkich basenikow przypominajacych troche pola ryzowe.
Rozni ludzie sie przyczepiali po drodze, z niektorymi posiedzialem laskawie przyjmujac dary glownie w postaci plynow, z niektorymi zajrzalem w fajne miejsca, do ktorych sam byc nie dotarl mimo, ze byly blisko centrum (tzn. moze bym i dotarl, ale gdzie sie nie ruszylem to wszyscy powtarzali, zebym tam nie szedl bo zli ludzie mieszkaja), a na koniec przyczepil sie koles z Emiratow, ktory wg tego co mowil pozwiedzal pare krajow europejskich, spedzil 13 lat w pace w Bangladeszu, gral na mistrzostwach w pilke w 2007 w Niemczech i jeszcze pare innych rzeczy. Nie bardzo wiedzialem co z tego jest prawda a co efektem troche zrytego beretu. Do tego jeszcze uslyszalem w jego wykonaniu jakis kawalek Michaela Jacksona (ktorego koles jest fanem) z beatboxowymi wstawkami i jakies “jou jou men czekiraut” z raperska choreografia. Troche dziwak. No ale kogo innego mozna sie tu spodziewac.
W zasadzie nie powinienem pisac nigdy “na koniec”, bo czasem wystarczy sie wychylic na zewnatrz zeby ktos kolejny zagadal.
Z jednym kolesiem, ktory przyjechal tu z Dhaki w interesach, umowilem sie na kolejny dzien na podroz na koniec swiata pol godziny od Teknafu (z ktorej jednak nic nie wyszlo) a potem 62letni pan wygladajacy jak Gandhi zadal klasyczne pytanie “Where do you belong to” po czym sie rozkrecil i pytal dalej przez kolejne dwie godziny. Ozcywiscie czestujaca herbatka itp, zeby nie bylo. Rowniez wielki fan Jacksona. Z duma opowiedzial jak to wyslal Jacksonowi bardzo wazny list z wielka doza szacunku. Nie pytalem czy dostal odpowiedz. Jak powiedzial, przez nastepne 1000 lat nie bedzie nikogo tak wielkiego jak M.J.
Na koniec (tym razem na prawde) trafilem dzisiaj na zawody zapasnicze z okazji bengalskiego nowego roku. Taka swiecka tradycja, turniej odbywa sie co roku, trwa tydzien, a gra nazywa sie “boliplej”, ale na moje laickie oko wyglada jak zwykle zapasy.
Spiker siedzacy kawalek za mna cos komentowal przez mikrofon, gdy w pewnych momencie z glosnikow uslyszalem glosne “brother brother please sit down” skierowane oczywiscie do mnie. Dostalem krzeselko, zostalem przy okazji pozarty wzrokiem przez cala publicznosc, ale jakos przezylem. Tylko z racji chmur bylo troche ciemno i ciezkie warunki do focenia. W ogole pogoda sie troche chwilowo zepsula, ale mam nadzieje, ze tylko chwilowo.
Kilogram kurczaka – 150Tk (6PLN). Wracam do Cox’s Bazar. Razem z piecioma wiezniami skutymi ze soba kajdankami i powiazanymi lina oraz 2 osobowa policyjna obstawa. Z autobusu wyrzucono jakiegos kolesia (bez zwiazku z wiezniami). Ale nie wiem o co chodzilo, nie jestem jeszcze biegly w jezyku, tym bardziej, ze tu jest jakis inny bengalski bo nawet ludzie z Dhaki go nie rozumieja.
Teknaf
174 zapytania “how are you” (w tym 38 przez tego samego dzieciaka idacego za mna przez jakis czas), 29 zaproszen na herbatke/posiedzenie, 90 knotow z ludzmi z centrum (bo ci z obzerzy uciekali, zwlaszcza dzieciarnia) i plan na conajmniej kolejne 2 dni tutaj mimo drogiego hotelu (i tak dobrze, ze wynegocjowalem 4 zeta discountu).
Polozylem sie kolo 20ej, a po 3 godzinach, gdy juz smacznie spalem ktos zapukal do drzwi. Nie bardzo kojarzylem co sie dzieje, ale otworzylem, wszedl jakis starszy kolo, psiknal jakims dezodorantem po calym pokoju, spytal czy jest ok i wyszedl.
Przykladowa lista plac:
- nauczyciel majacy na utrzymaniu 7 osobowa rodzine zarabia ok 10000Tk (400 PLN) miesiecznie. Wychodzi ok. 1$ na osobo dzien
- hurtownik jajek – sprzedaje ich ponoc 100.000 dziennie z czego ma 3000Tk zysku. Nie wiem czy z tego cos idzie na pensje dla pomagajacych mu dzieciakow, czy to wspolna kasa czy co.
Cox’s Bazar – dzien prawie ostatni
“Sharab raat” zakonczylismy ok 1ej w nocy przejazdem riksza wraz z Hasanem, Badalem i Sowpandashem do mojego hotelu, podczas ktorego to przejazdu wyspiewalismy wspolnie pare bollywodzkich hiciorow byc moze budzac wszystkich dookola. A byc moze nie. Wczesniej wspolna kolacyjka w z trudem znalezionej restauracji, ktora bylaby czynna o polnocy.
A wczesniej wspomniana “sharab raat” czyli biba.
A wczesniej proba poogladania widoczkow na plaze z ostatniego pietra roznych lepsiejszych hoteli (takich po 80pln za noc). W jednym sie nie udalo, ale w drugim (pod pretekstem, ze niby chcemy zobaczyc pokoj zanim sie zdecydujemy go wziac, pokoj “single”, nas bylo czterech, ale to norma) poszlo gladko. Tyle tylko, ze nic nie bylo widac, bo juz bylo ciemno.
A wczesniej po dyplomatycznej wymianie (jednostronnej) monet z panem, ktory wczesniej pomogl mi znalezc bankomat pierwszego dnia tutaj, pan ow zalatwil mi riksze do hotelu chlopakow za normalna cene. W koncu jednak i tak dalem 50% napiwku, tak, ze za 15 minut pedalowania wyszlo nawet ponad 1 zeta). Jeden rikszarz, ktorego wczesniej pytalem o cene, zaproponowal 2 razy tyle, wiec sie zaczalem z nim klocic po bengalsku. Ale krotko, bo jeszcze nie jestem biegly.
A wczesniej symboliczny poczestunek sokiem, bananmi, ciastkami i woda nieznanego pochodzenia (ktorej jednak tym razem nie wypilem) w klasycznej wiejskiej posiadlosci kolo Ramu.
A wczesniej Nikyangcchuri, wioska przy granicy z Myanmarem na terenie, do ktorego przynajmniej teoretycznie potrzebny jest permit, ktorego oczywiscie nie mialem. Najpierw mnie zawrocili 50 metrow za jakims policyjnym checkpostem, a potem prawie od razu przyczepil sie koles, ktory nie do konca zrozumialem kim jest, ale na jego prosbe podalem mu swoje dane typu nr paszportu itp. Pod koniec spacerku okazalo sie, ze to jakis taki rzadowy bodyguard, ktory pilnowal mnie, zebym sie nie wpakowal w klopoty placzac sie po okolicy, bo z tubylcami roznie bywa. Troche sie zaczalem domyslac jak na kazde moje pytanie czy moge odbic troche w bok od glownej ulicy uporczywie odpowiadal “my problem, my problem”. A szkoda, bo okolica wygladala bardzo obiecujaco. Moze nie super fotogenicznie, ale wystarczajaco “konco-swiatowo”. Juz dojazd dziurawa i pagorkowata droga zachecal do dalszej eksploracji.
A wczesniej Ramu, 15 km od Cox’s, wioska z paroma niezwykle interesujacymi buddyjskimi swiatyniami, ktore jednak olalem, bo bardziej interesowalo mnie miejsce, z ktorego moglbym dotrzec do wspomnianego Nikyangcchuri.
A wczesniej trzeba bylo dojechac do Ramu, w czym pomogla mi grupka lokalesow. Zarowno jesli chodzi o znalezienie rikszy (sorry, CNG, bo riksza to to taka rowerowa a CNG to na gaz, taka pyrkoczaca) jadacej w odpowiednim kierunku jak i w okresleniu wlasciwej ceny za kurs.
Jednak to sharab raat znominowala ten dzien, z chlopakami sie pozegnalem, jada jutro do Dhaki, ja dolacze do nich za 3 tygodnie, inshallah.
Poza rikszami i CNG sa jeszcze tum-tumy czyli po naszemu elektriczki. Pojawily sie ok 1-2 lata temu, sa ciche, nie pyrkocza, nie smierdza, pelna kulturka.

































































Brak komentarzy
RSS :: TrackBack